Wrzesień 2010
Po
Wt
Śr
Cz
Pt
So
Nd
30 31 01 02 03 04 05
06 07 08 09 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 01 02 03
Urodziłam się w mieście Elbląg, jak to mówią, za komuny, co dziś znaczy zupełnie odmienny świat i sposób myślenia. Mieszkałam na peryferiach, tuż przy starym parku, w warunkach, jakie dziś podniosłyby włosy na głowie każdego statecznego mieszczucha, ale dla dzieci był to raj. Zaniedbany park pełen kryjówek i drzew do włażenia. Tuż obok doskonała górka do zjeżdżania na sankach. Śmietnik z murkiem do łażenia, trzepak do zwisania. Dorośli jakoś nie słyszeli jeszcze o tężcu, mogliśmy biegać boso po kałużach, kaleczyć się szkłem, rozbijać sobie kolana i łokcie na rowerze, urządzać pogrzeby zdechłym kretom i ptaszkom. Nikt nas nie pilnował, idealna wolność. Moimi miejscami zabaw były zrujnowane murki i rozbita altana z czerwonego piaskowca, która w razie potrzeby stawała się i statkiem kosmicznym, i czołgiem czterech pancernych, i łodzią podwodną - zależy co akurat czytałam lub co leciało w telewizji. Na podwórku szumiały wysokie sosny masztowe a obok lokatorzy mieli swoje ogródki z kwiatami, warzywami i drzewami owocowymi. Kiedy to wszystko wiosną kwitło, był to niezapomniany widok, jakby ktoś wywalił mi przed oknem ogromne zwały bitej śmietany. Potrafiłam godzinę tkwić w oknie kuchennym, patrząc na drzewa. To dlatego chata Płowego w „Tkaczu Iluzji” otoczona jest wiśniami, a Kamyk ma urodziny wiosną, kiedy są obsypane kwiatami. Ludzie tam wtedy hodowali w komórkach kury, kaczki, gęsi i króliki, a nawet świnie, więc nie było wśród nas nikogo, kto by nie znał z natury zwierząt gospodarskich. Czasami przyjeżdżały wozy z węglem, ciągnięte przez konie, wtedy można było nakarmić konia cukrem, albo dać mu jabłko, czy choćby tylko pogłaskać. To był świat podwórka. Znaliśmy zapach ziemi, gnoju, pleśni, skoszonej trawy, wiedzieliśmy jak brudzi węgiel, błoto i jak wygląda prawdziwy ogień, trawiący drewno w piecu. Zimą jedliśmy śnieg. Wiedzieliśmy jak wygląda kret (nieżywy) i szczur (czasem żywy). Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, ile te doświadczenia wniosły do mego pisania. Teraz dzieciarnia ma rolki i playstation, ale nie uważam, by to była uczciwa zamiana. Natomiast mój drugi świat mieścił się na półce z książkami i w miarę jak robiłam się za ciężka na chodzenie po drzewach, wciągał mnie coraz bardziej.
Szkoły nie lubiłam. Wiadomo, jak wyglądała podstawówka za komuny: szaro-buro-ponuro, tragiczne granatowe fartuszki i akademie ku czci, torby z książkami, ważące po dziesięć kilo. Byłam grzeczną dziewczynką, uczyłam się w miarę dobrze, ale nie miałam do tego zapału. Metoda „wykuć stąd dotąd” była wtedy powszechnie stosowana, a jakoś mnie to nie rajcowało. Nie chodziłam na wagary, ale uciekałam z tej ponurej instytucji w jedyny dostępny mi sposób - w literaturę. Wtedy też jako dziesięciolatka zaczęłam próbować napisać własną książkę, naturalnie w konwencji science fiction. Jako wstydliwy dowód, została później spalona i nikt z dzisiejszych krytyków jej nie ujrzy na oczy, cha cha...! Wyświetlany wówczas w telewizji serial „Kosmos 1999” zrobił swoje. Te próby literackie ciągnęły się przez wiele lat, aż do wieku dojrzałego, kiedy udało mi się stworzyć coś, co miało ręce i nogi.
Kamienie milowe w moim życiu: Mam dziesięć lat - w moje ręce wpada wydanie „Cyberiady” Lema z fascynującymi ilustracjami Daniela Mroza. Nie rozumiem w pełni tej dziwnej prozy (choć niby to bajki) ale mam przeczucie ocierania się o coś niezwykłego. Mam jedenaście lat - pierwszy seans „Gwiezdnych wojen” i ogromny wstrząs dla wrażliwej wyobraźni dziecka. Mam dwanaście lat - koleżanka poleca mi „Solę z nieba północnego” Bohdana Peteckiego. Mam trzynaście lat - nauczycielka fizyki pokazuje nam „Paleoastronautykę” Lucjana Znicza - w ten sposób dowiaduję się o katastrofie tunguskiej, rysunkach na pustyni Nazca, Roswell itd. W pobliskim kiosku pojawia się 1 numer pisma „Fantastyka” z intrygującą panią w ażurowej zbroi na okładce. Zaczyna się dla mnie era science fiction, a niebawem i fantasy. Jednak nadal szkoła, a później praca to były klatki i znów uciekałam w wyobraźnię, kiedy tylko się dało.
Ratunkiem okazał się Klub Miłośników Fantastyki „Fremen”. Nareszcie spotkałam ludzi, którzy rozumieli o czym do nich mówię, a nazwiska Achilleos, Tolkien, Lem czy Sapkowski nie były dla nich pustymi dźwiękami. Wtedy powstały pierwsze wersje paru opowiadań, które wiele lat później po ostrej redakcji weszły w skład zbioru „Róża Selerbergu”. Wówczas też zadebiutowałam w piśmie „Fenix” krótkim opowiadaniem i byłam z tego niesłychanie dumna. Wkrótce potem wyszłam za mąż za kolegę z klubu, rzuciłam pracę w przedszkolu i przeprowadziliśmy się do Gdańska. W ten sposób definitywnie pożegnałam miejsca swojego dzieciństwa, by zająć się literaturą w szerokim zakresie i robieniem witraży.
W 1994 roku powstaje opowiadanie „Tkacz Iluzji” i voila (!) zostaję pisarką, ze wszelkimi konsekwencjami tego faktu.

Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright 2009 Ewa Białołęcka. Powered by Toroj