Istota srania w stokrotki
Najnowsza książka pióra Ewy Białołęckiej ”Naznaczeni błękitem. Kroniki Drugiego Kręgu„ trafiła do moich rąk znacznie później niż na półki księgarni. Kluczowym słowem jest tu owo ”znacznie„, bowiem w samym fakcie, że recenzent kupuje książkę
dopiero, kiedy ona jest dostępna w księgarniach, nie ma nic zaskakującego. W tym przypadku jednak czasu upłynęło na tyle dużo, bym zdążyła trafić na wypowiedzi czytelników i innych recenzentów rozsiane w internetowej otchłani, zanim jeszcze zdołałam zapoznać się z książką. A tym samym kilkakrotnie udało mi się trafić na opinię, jakoby
”Naznaczeni„ byli jedynie przeredagowaną wersją ”Tkacza Iluzji„. Jednak, będąc już po lekturze książki, nadal nie waham się użyć w odniesieniu do niej przymiotnika ”najnowsza„, a twierdzenia, jakoby była przepisanym ”Tkaczem...„, uważam za mocno chybione.
Dlaczego właściwie pisarz
decyduje się na ponowną publikację książki, która już raz trafiła na listy bestsellerów i została uznana za nieodzowną i niezbywalną cześć kanonu polskiej literatury fantastycznej?
Najbanalniej byłoby powiedzieć, że wznowienie opowieści o Kamyku, Tkaczu Iluzji po prostu uczyni ją dostępną, bo w chwili obecnej tę książkę najprędzej
zdobyć można na aukcjach. Jednakże dbałość o przyszłe pokolenia fantastów, jakkolwiek szczytna by nie była, z pewnością nie stała się jedyną, o ile w ogóle, przyczyną powstania ”Naznaczonych„. A na poparcie swego twierdzenia mam aż i zarazem jedynie tekst zawarty między okładkami. Niejednokrotnie myślałam, że gdybym miała
szansę niektóre rzeczy powtórzyć, to zrobiłabym je lepiej, czasem staranniej, czasem dokładniej, a czasem z większym doświadczeniem - ale tak, by efekt stał się daleko bardziej zadowalający. Niestety o szansę takiej powtórki niełatwo. Co nie znaczy, że jest ona niemożliwa.
”Naznaczeni błękitem„ to ”Tkacz„
i nie ”Tkacz„ zarazem.Określenie ”na kanwie„ jest tu bardziej niż adekwatne. Podstawową różnicą,rzutującą przede wszystkim na objętość Drugich Kronik, są dwie opowieści, których zabrakło w ”Tkaczu Iluzji„. To historie Białego Roga i Nocnego Śpiewaka - wcześniej wprawdzie publikowane, ale nie
wiedzieć czemu jedynie w peridykach, te zaś, jak nazwa wskazuje, są dostępne na rynku tylko w pewnym okresie. Tymczasem oba teksty są integralną częścią historii Drugiego Kręgu. Co więcej, dzięki tym opowiadaniom właśnie od samego początku czytelnik skupia swą uwagę nie na jednym bohaterze, czego wymagała lektura ”Tkacza„,
ale na ich grupie - wycinku społeczności magów, może i nawet niewielkim i mało reprezentatywnym, ale niezwykle istotnym. Kolejne części cyklu, opowiadające nie o losach jednego utalentowanego chłopca, ale grupy właśnie, na tyle były odmienne od tej pierwszej ”jednoosobowej„ części, że można nawet było mówić o dysonansie.
Można było (co wiem z autopsji) mieć uczucie niedosytu w temacie obecności na kartach kolejnychpowieści, owego skończenie pierwszoplanowego bohatera części pierwszej. I tej pułapki, tego dysonansu autorka uniknęła, pisząc ”Naznaczonych„, których od ”Tkacza„ różni nie tylko tytuł ale i perspektywa świata, i
bohaterów.
Oczywiście, czytelnicy znajdą książce historię głuchego chłopca, ale bynajmniej nie jest to już ta sama historia, co opowiedziana w ”Tkaczu iluzji„. Jest o wiele pełniejsza. Najbardziej rzuca się w oczy zmiana narracji - to nie jest już pamiętnik Kamyka, czasem w wyniku okoliczności uzupełniany przez
przyjaciół. Narracja w ”Naznaczonych„ jest trzecioosobowa, standardowa, chciałoby się rzecz, gdyby nie właśnie porównanie z poprzednią wersją. Przeprowadzony przez autorkę zabieg pozwala obserwować wydarzenia z różnych punktów, oczyma wielu postaci, zupełnie inaczej rozkłada zarówno napięcie fabularne jak i te części
składowe tekstu, który ch zadaniem jest spełnienie określonej funkcji emotywnej. No i oczywiście czytelnik otrzymuje znacznie pełniejszy obraz wydarzeń przedstawionych w książce, zwiększającyznacznie zakres możliwych interpretacji i predykacji. Sama tylko zmiana narracji byłaby więcej niż dostatecznym powodem, by przeczytać ”
Naznaczonych„ z zainteresowaniem, jakie z zasady rezerwuje się dla książek nowych. Bo w tym kontekście jest to niewątpliwie zupełnie nowa książka. Jej poprzednia wersja (używam tego określenia jedynie z braku lepszych) pozostawiała spore pole wyobraźni czytelnika - w tym, chociażby odczucia, postawy, a niejednokrotnie i szczegóły
charakteru postaci drugo i trzecioplanowych, cały ciężar fabuły opierając jedynie na Kamyku. Przy lekturze ”Naznaczonych„ mogłam zobaczyć tych bohaterów tak, jak chciała tego autorka. W mojej ocenie jest to nie tyle istotna zmiana, ale właśnie rzecz absolutnie owa, której nijak nie znajdzie się w ”Tkaczu Iluzji„
choćby nie wiem, ile razy go czytać. Nie jest to przy tym jedyna nowość, autorka bowiem idziew tych zmianach o wiele dalej. Dialogi są dłuższe i bardziej dynamiczne, opisy dokładniejszei bogatsze. ”Naznaczeni„ w żadnym wypadku nie są przeredagowanym ”Tkaczem„, to książka napisana praktycznie od nowa - od
początku do końca raz jeszcze. I tu dochodzimy do ”srania w stokrotki„. Tak naprawdę dla samej fabuły nie jest istotne, kto nasrał i co chciał przez to osiągnąć. Nie jest też istotne co się stało ze sprawcą i dowodami przemiany materii owego delikwenta. To nie zdanie nawet, a fraza, pozornie bez większego znaczenia. Ale
właśnie jedynie pozornie - owe trzy słowa (cztery jeśli dodać stojący przed nimi spójnik, którego cytowania postanowiłam sobie oszczędzić) są ni mniej, ni więcej, a jaskrawym dowodem na głębokość zmian, jakim poddana została pierwotna wersja opowieści o Tkaczu Iluzji. A dowodem dlatego, że przy lekturze doskonale sobie znanego (jeśli
brać na serio czytane przeze mnie opinie i recenzje) tekstu udało mi się roześmiać, zupełniejakbym czytała go po raz pierwszy. Przy czym powinnam chyba dodać, że ogólny zarys sceny, której pojawia się nawiązanie do stokrotek, nie uległ zmianie. Nadal wiadomo, kto zabił - przynajmniej tym, którzy czytali ”Tkacza„ - a jednak...
W zasadzie podsumowując książkę Ewy Białołęckiej, powinnam zdaje się sięgnąć do tego rodzaju uwag, których nie szczędzą pozostali recenzenci jak i sam wydawca w nocie edytorskiej. Powinnam napisać coś o tym, jak powieść, poruszając tematy niezmiernie ważkie, wzrusza i skłania do myślenia. Jakim echem odzywa się w emocjach
czytelnika. No i oczywiście coś o niepowtarzalnym warsztacie autorki, jej oryginalnym i ulubionym przez rzesze fanów spojrzeniu na świat. Ale powstrzymam się od wygłaszania tych kwestii. Powstrzymam się nie tylko dlatego, że uczynili to przede mną niemal wszyscy recenzenci (niewielki jest przecież sens w powtarzaniu tego, co wszyscy
doskonale wiedzą), ale też dlatego, że jednak postanowiłam się skupić na swojejanalizie porównawczej i wytrwać przy niej do samego końca - bowiem tak jak niewiele jest osób, które nie znają ”Tkacza„, tak i niewiele zdaje się być takich, które znają ”Naznaczonych„. I ten stan rzeczy moim zdaniem należałoby
zmienić.
Dominika Repeczko
Źródło: Fahrenheit nr 49
Wyobraźcie sobie samotną matkę, która mieszka ze swoimi rodzicami oraz sześcioletnim rozrabiaką i próbuje wyżyć ze skromnej pensji redaktorki. Pewnego dnia nieoczekiwanie dostaje nieco kłopotliwy spadek od zupełnie ”obcej„ krewnej. Kłopotliwość owej
spuścizny polega na tym, iż jest to... stary dom we wsi, której nawet nie ma na mapach. Jakby tego było mało, na głowę bohaterki spadają problemy natury zarówno metafizycznej (duchy) jak i przyziemnej (Urząd Skarbowy). Dodatkowo stara posiadłość kryje wiele tajemnic, zaś nieufni mieszkańcy maleńkiej wioski dość dziwnie reagują na
nazwisko Szyft i, delikatnie mówiąc, nie chcą mieć nic wspólnego z miastową przyjezdną.
Tak w skrócie przedstawia się fabuła najnowszej książki Ewy Białołęckiej pt. ”wiedźma.com.pl„. Autorka znana jest głównie z cyklu powieści ”Kroniki Drugiego Kręgu„ o przygodach grupy młodych magów, oraz zbiorku
humorystycznych opowiadań ”Róża Selerbergu„. Jest też dwukrotną laureatką nagrody im. Janusza A. Zajdla (za teksty ”Tkacz Iluzji„ oraz ”Błękit Maga„). Dotychczas pisała głównie fantasy, zaś ”wiedźma„ jest jej pierwszą powieścią osadzoną współcześnie.Muszę przyznać, że autorka wywiązała
się z tego zadania bardzo dobrze - wieś widziana oczami obcej kobiety, przybyłej z miasta i przywykłej do wygód, w humorystyczny sposób ukazuje realia i mentalność mieszkańców. Zachwyt lokalnym wiejskim sklepem, gdzie można kupić ”prawdziwe„ jajka, mleko, wędliny oraz np. domowej roboty kwas chlebowy kontrastuje z brakiem
internetu, kanalizacji oraz dostępem do artykułów luksusowych, jak choćby ulubiona marka papierosów. Wszystkiego o wszystkich można się dowiedzieć od sprzedawczyni, która działa ”nie gorzej niż google, choć w ograniczonym zakresie„.
Przy okazji internetu - sam tytuł książki jest nieco mylący. Mogło by się wydawać,
że powieść będzie o współczesnej czarownicy, która ma swoją stronę lub portal i za jego pośrednictwem świadczy usługi klientom. Jednakże oprócz tego, że główna bohaterka, Reszka, jest uzależniona od internetu i na szybko zakłada sobie skrzynkę pocztową wiedzma@interia.pl, sformułowanie ”wiedźma.com.pl„ w książce nie
występuje.
Bohaterowie przedstawieni są w humorystyczny sposób. Reszka, jako samotna matka o dość skromnym budżecie, ma jednocześnie pogodne i lekko cyniczne spojrzenie na świat, a przy tym potrafi śmiać się ze swoich życiowych błędów. Jest to dość istotne, gdyż powieść pisana jest narracją w pierwszej osobie, dzięki czemu
czytelnik ma wrażenie, że całą historię opowiada właśnie Reszka. Ten zabieg literacki jest dość sprytny - ”widzimy„ tylko to, co główna bohaterka widzi, lub wydaje jej się, że widzi. Tak przedstawiony świat nabiera bardzo subiektywnych odcieni, zaś książka wydaje się mieć zabarwienie lekko autobiograficzne.
Najważniejszym
drugoplanowym bohaterem jest doktor Kobielak - sąsiad zmarłej Katarzyny Szyft - spadkodawczyni kłopotliwego domu. Kiedy Reszka wprowadza się, oboje próbują rozwiązać zagadki związane z tą posiadłością, co rodzi wiele zabawnych sytuacji - na przykład po dokonaniu jakiegoś odkrycia, kobieta biegnie powiadomić doktora, dopiero poniewczasie
orientując się, że jest środek nocy. Zresztą sam mężczyzna jest tajemniczy i Krystyna nie jest do końca pewna, czy może mu zaufać.
Ważnymi postaciami są również duchy, które pojawiają się i niekiedy komentują wydarzenia, czasem podając sprzeczne fakty i dodatkowo komplikując zawiłą historię, czasem zaś tylko przychodzą dla
towarzystwa, skarżąc się, że inni ludzie ich ignorują.
W powieść wplecione są nawiązania do współczesnych filmów czy książek, na których wychowało się większość miłośników fantastyki przykładowo: ”czułam się jak Ripley atakująca miotaczem ognia czterech alienów czy też Arwena kontra trolle„ lub ”na mgnienie
oka stanęła mi przed oczami jedna z okładek popularnego cyklu o pewnym wiejskim egzorcyście i z trudem przełknęłam wybuch śmiechu„.
Książka ”wiedźma.com.pl„ jest warta polecenia czytelnikowi w każdym wieku, szczególnie zaś miłośnicy fantastyki z pewnością docenią liczne nawiązania do tzw. ”klasyki
gatunku„. Powieść pochłania się szybko i z ogromną przyjemnością (podobnie jak niektóre pozycje Chmielewskiej). Ciekawie skonstruowana fabuła wciąga, dowcipne dialogi i humorystyczne przemyślenia Reszki oraz lekki i wartki styl sprawiają, że od opowiadanej historii wręcz nie można się oderwać. Nie brakuje zaskakujących zwrotów
akcji, niespodziewanych wydarzeń czy tajemniczych postaci. Książka stanowi doskonały sposób na miłe spędzenie wieczoru w towarzystwie sympatycznych bohaterów, ksenofobicznych tubylców, duchów i... sami przekonajcie się, czego jeszcze.
Agnieszka „Druzila” Krzyżewska
Źródło: portal Paradoks
Nie lękaj się majtkowego różu
Czy spotkaliście kiedyś w tramwaju trzydziestoparoletniego faceta, zaczytanego w... Nie, nie tylko zaczytanego; rozchichotanego nad książką o okładce w kolorze majtkowego różu, z rysunkiem niekompletnie ubranej panienki w rękawicach bokserskich? Widok musiał być
zabawny, ale ”Róża Selerbergu„ wciąga na tyle, że po parunastu kartkach przestałem się przejmować spojrzeniami współpasażerów.
Książka składa się z trzech części, z których pierwsza, tytułowa, jest cyklem opowiadań o zwariowanej rodzince arystokratów, a właściwie o szkolnych i miłosnych perypetiach ich potomstwa,
natomiast pozostałe dwie (”Przyczajony rycerz, ukryty smok„ oraz ”Saga o ludziach MOD-u„) przenoszą nas do świata znanego z ”Tkacza iluzji„ i ”Kronik Drugiego Kręgu„ (”Naznaczeni błękitem„, ”Kamyk na szczycie„ oraz ”Piołun i miód„). Wspólnym mianownikiem
wszystkich opowieści jest humor - książkę cechuje podobny styl, co ”Rycerza bezkonnego„ i ”Pogodnika trzeciej kategorii„ Romualda Pawlaka, a nawet niektóre z ”Opowieści z Wilżyńskiej Doliny„ Anny Brzezińskiej - są to wesołe opowiastki ze świata, w którym magia jest codziennością, i którą daje się
wykorzystać na wiele nietypowych sposobów. A postaci? Tylko czekały na taką okazję!
Bohaterowie tytułowego cyklu opowiadań, Margerita von Selerberg i jej brat Rinaldo, uczą się w eksperymentalnej, koedukacyjnej szkole Madame Flageolet. Czytelnik przyzwyczajony do przygód Harry'ego Pottera zacznie się tu doszukiwać podobieństw do
cyklu Joan K. Rowling. Owszem, pewne podobieństwa są - uczniowie podzieleni na klasy, szkoła z internatem, podobny zestaw przedmiotów nauczania. Ale ta opowieść idzie w zupełnie innym kierunku i od samego początku jest o wiele weselsza od cyklu o Potterze. Czego się zresztą spodziewać, jeśli dyrektorka szkoły ma w nazwisku fasolkę
szparagową, a cała uczelnia mieści się w miejscowości Świński Lasek?
Dalsza część książki przenosi nas do Lengorchii. Czytelnicy ”Kronik„ mogą się zdziwić, bo różni się ona od tej Lengorchii, którą pamiętają. Owszem, jest magia, są smoki, ale na scenie pojawiają się też zabójcy smoków oraz smokerzy, rodzaj antysmoczej
policji. Lengorchiańskie smoki mają wyrafinowane poczucie humoru, więc i zabójców, i smokerów czeka ciężki los. A gdy początkujący zabójca smoków trafia na skłonną do żartów smoczycę, robi się jeszcze weselej...
Cały zbiorek ma pewną cechę szczególną: wątki miłosne. Cykl opowiadań o rodzeństwie von Selerberg jest wyraźnie adresowany
do czytelniczek fantastyki. Podkreśla to rysunek okładki - krótko ostrzyżona dziewczyna w koszulce i rękawicach bokserskich na intensywnie różowym tle. W rzeczywistości książka ta powstała z inspiracji miłośniczek fantastyki, dyskutujących na internetowych czatach i forach, co zresztą autorka uwidoczniła w dedykacji.
Nie znaczy
to jednak, że ”Róża Selerbergu„ to książka dla nastoletnich dziewcząt. Romanse Margerity i Rinalda stanowią tylko punkt wyjścia dla poszczególnych historii, a ich akcja toczy się w całkiem innym kierunku. Wątek miłosny rozwiązuje się przy okazji (albo i nie). Zaś opowiadania lengorchiańskie to zupełnie inna bajka. Zbiór
opowiadań Ewy Białołęckiej to porcja dobrej, bezpretensjonalnej rozrywki dla czytelnika dowolnej płci.
Tomasz Marcinkowski
Źródło: Fahrenheit nr 54