REKOMENDACJE:
Tutaj znajdziecie rekomendacje książek, które przeczytałam i z różnych powodów mi się podobały. Niektóre z tych polecanek były publikowane na portalu Empiku, inne znajdziecie tylko tutaj i ewentualnie w Merlinie.
„Przedksiężycowi” t.1 Anna Kańtoch
Anna Kańtoch od lat systematycznie pnie się w górę po literackiej drabinie. Powieść "Przedksiężycowi" jest jej najnowszym i jak dotąd największym osiągnięciem. Pozornie sciencie-fiction, ma też atrybuty opowieści magicznej, takie jak: nieokreślone zagrożenie, wybraniec,
tajemnica i... walki bronią białą. Wyobraźcie sobie planetę, na której wszystko i wszyscy podporządkowani są tytułowym Przedksiężycowym. Ludzie żyją w dobrobycie, stawia się im tylko jeden warunek - mają się doskonalić. Opieszałym, leniwym, mniej zdolnym grozi odrzucenie i zagłada. Tragedia polega na tym, że nikt tak naprawdę nie wie,
czym można sobie zasłużyć na łaskę zagadkowych istot, których nikt nawet nigdy nie widział na własne oczy. Ich decyzje są nieprzewidywalne. Odroczenie wyroku można uzyskać zarówno talentem malarskim, biegłością erotyczną, jak i przechowaniem w pamięci pozornie bezużytecznych informacji, a nawet dokonaniem "artystycznej" (czyli okrutnej
i widowiskowej) zbrodni. Porównanie do nas samych, usiłujących zasłużyć na zbawienie w ten czy inny sposób, żyjących według nakazów tej czy innej religii (lub buntowniczo odrzucając wszystkie), nasuwa się wręcz samo. Jesteśmy tak samo niepewni, zalęknieni i rozpaczliwie dekadenccy jak bohaterowie "Przedksiężycowych". W tomie pierwszym
autorka zaledwie zarysowuje fabułę, przedstawia bohaterów i zasady rządzące światem, ale już to zaostrza apetyt na ciąg dalszy, na poznanie całej fascynującej historii. Jedna z najlepszych książek ostatniego kwartału, zdecydowanie polecam.
Ewa Białołęcka
„Głową w mur”, Rafał Orkan
Niewątpliwie jeden z najoryginalniejszych debiutów ostatnich lat. Przywykliśmy do powieści fantasy, w których magia jest czysta, kojarzy się z intonowaniem zaklęć w dziwnych językach, potokami światła i klejnotami. Potolkienowscy autorzy przedstawiają ją właśnie taką:
magię "ekologiczną". Magia Orkana jest odrażająca, brudna i zła. Miasto-moloch Vakkerby działa dzięki magii, rzygającej odpadkami, brudem i dymem. Nie darmo magowie tego świata nazywani są technokapłanami. Tane-tani, Gebneth, Eyra, Byhtra... Bohaterowie tej opowieści żyją na samym dnie owego technologiczno-teologicznego kotła, w każdej
minucie swego życia dokonując najprostszych wyborów: zabić albo zostać zabitym; oszukać, nim oszukają cię inni; zjeść, dopóki ktoś inny cię nie wyprzedzi - aż do chwili kiedy przeznaczenie wyrwie ich z trybów machiny i staną się kluczowymi postaciami wielkiej gry. Struktura opowieści Orkana wydaje się zawiła. Przedstawia swoich bohaterów
w krótkich migawkach, jakby chciał powiedzieć: patrzcie i zapamiętajcie, wrócimy jeszcze do tego. Prowadzi czytelnika krętymi ulicami Vakkerby, to zaglądając do najpodlejszych dzielnic, to znów każąc nam być milczącymi świadkami politycznych rozgrywek arystokracji. Jak w cyrku osobliwości, oglądamy w oszołomieniu ludzi-mutantów, słuchamy
ich na pół zrozumiałej mowy. Powoli zaczynamy rozumieć reguły tej dziwnej gry, odkrywamy kolejne elementy układanki, aż zdobywamy wiedzę, kim jest tajemniczy Trębacz i co ma wspólnego z niemniej tajemniczym Maszynowym Bogiem, a bohaterowie osobno snutych wątków nareszcie spotykają się po to, by zmienić oblicze świata. Zdecydowanie książka
dla wyrobionego czytelnika, nie mająca nic wspólnego z liniowym questem, w scenografii pokrewnej steampunkowi. W skali 1-10 co najmniej mocna ósemka
Ewa Białołęcka
„Błękitny księżyc” Simon. R. Green
Do jazdy na jednorożcu trzeba posiadać... pewne określone kwalifikacje. Nic dziwnego więc, że widok księcia na jednorożcu często wywołuje uśmieszki, szepty za plecami, a nawet dwuznaczne komentarze. Los księcia generalnie nie jest godny pozazdroszczenia. Zwłaszcza kiedy
jest się tym młodszym, czyli rezerwą genową, z którą nie bardzo wiadomo co robić. Można go na przykład wysłać, żeby zabił smoka. I uratował królewnę, jeśli jakaś będzie do ratowania. Może przy tym zginie i będzie z nim święty spokój. Ale kto by przypuszczał, że po przebyciu Gęstowia i Czarnoboru, po męczącej podróży i potyczkach z demonami,
okaże się, że to smoka należy ratować przed królewną? Dwa przyjemnie grube tomy "Błękitnego księżyca" zaczynają się właśnie tak: raczej pogodnie i komediowo. Potem jednak autor złośliwie wykopuje nas z idyllicznej krainy miłych smoków i pyskatych jednorożców. Zaczyna się opowieść o odwadze i poświęceniu, o dorastaniu prawdziwego bohatera,
o zdradzie, polityce i niełatwych stosunkach rodzinnych w rodzie królewskim; pozornie schematyczne postacie niespodzianie zyskują głębię, a czytelnik co rusz jest zmuszony zmieniać zdanie o tym czy owym. Historia podszyta wisielczym humorem trzyma w ciągłym napięciu aż do finału. Zachwycająca powieść, godna stanąć na półce obok Pratchetta,
Sapkowskiego i Christohera Moore'a.
Ewa Białołęcka
Antologia, którą oddało do naszych rąk wydawnictwo Fabryka Słów, jest tworem szczególnym. Kiedy w 2005 roku odszedł pisarz Tomasz Pacyński, powstał projekt, by uczcić jego pamięć w sposób godny prawdziwego literata - pomnikiem nie ze spiżu, a z papieru. W ten sposób
powstał jedyny w swoim rodzaju zbiór tekstów, pisanych z myślą o dobrym przyjacielu, którego zabrakło. Tom otwiera tytułowe opowiadanie autorstwa Tomka P., a następnie cała plejada wiodących pisarzy fantastycznych przedstawia "bajki" we własnym rozumieniu. W znakomitym "Smaku kurzu" Maja Kossakowska sięga do mitologii walijskiej,
zapoznając nas z oryginalnymi postaciami tamtej kultury, takimi jak Fomorianie, Cwn Annwn - potworny pies porośnięty trawą, albo potężny Cath Paluqe. Jarosław Grzędowicz inspiruje się Biblią. Wojciech Świdziniewski w melancholijnym, bardzo osobistym "Bądź moim krukiem" otwiera przed czytelnikiem duszę, a zarazem świat elfów i krasnoludów.
Opowieść Jacka Komudy jest okrutna, baśń Anny Kańtoch smutna i dziwna, ale też znalazły się w antologii historie zabawne, na pół ironiczne, puszczające perskie oko do czytelnika, ogrywające w nowych dekoracjach tradycyjne bajkowe elementy, takie jak na przykład jednorożce, zaprzęg Świętego Mikołaja, czy Żywa Woda i królewna Śnieżka.
Niezależnie od gustów, każdy znajdzie w "Bajkach dla dorosłych" coś dobrego dla siebie. Wszak tak naprawdę nigdy nie wyrastamy z bajek, one się tylko dla nas zmieniają.
Ewa Białołęcka
„Kot Simona sam o sobie” Simon Tofield
Kot Simona zdobył sławę dzięki YouTube. Miliony ludzi obejrzało animację "Cat Man Do" (oraz kilka innych z tym samym bohaterem), a teraz Kot Simona zawitał do nas w formie książkowej, w grubym tomie wypełnionym po brzegi uroczymi, dowcipnymi rysunkami Simona Tofielda.
Stwierdzenie, że Kot Simona to angielski odpowiednik sławnego amerykańskiego Garfielda, byłoby zbyt dużym uproszczeniem. Garfield jest człowiekiem w futrze, a Kot Simona jest... KOTEM. Jak wiadomo, koci język jest przede wszystkim językiem ciała, więc obrazkowe historyjki z Kotem Simona obywają się bez dymków. I jako prawdziwy kot
z krwi i kości robi to, co robią prawdziwe koty. Drapie meble, łazi po zasłonkach, obgryza kwiatki, wymiotuje, udeptuje brzuch pana, wyleguje się na świeżym praniu, łapie myszy, włazi do toreb, kartonów i walizek... Czyli właściwie wszystko, co zna z autopsji każdy właściciel kota (w tym niżej podpisana). Taka jest realistyczna strona
żywota Kota Simona. Ta bardziej fantazyjna uzewnętrznia się na przykład w konstruowaniu wymyślnych pułapek na sikorki i drozdy, niełatwej koegzystencji z rodziną jeży, oraz pewnej słabości do gipsowego ogrodowego krasnala. Cokolwiek by jednak nie robił Kot Simona, zawsze pozostaje kocim kotem. I to jest właśnie najpiękniejsze. Strona
edytorska książki również wygląda korzystnie: wydanie albumowe, twarda, lakierowana oprawa, obwoluta, dobrej jakości papier. "Kot Simona" może być doskonałym prezentem gwiazdkowym dla każdego kociarza.
Ewa Białołęcka
Zbiór opowiadań, wyróżniający się tym, że wszyscy autorzy dopiero zaczynają podróż ciernistą ścieżką twórczości literackiej. Dopiero debiutują "na papierze" lub mają niewielki dorobek. Są młodzi, niektórzy wciąż jeszcze studiują. To sprawia, że "Nawiedziny" tchną
świeżością. Autorzy jeszcze nie zetknęli się z potworem pisarskiej blokady, piszą z radością i zaangażowaniem. Po prostu opowiadają historie, nie dbając o to, czy ktoś przed nimi wykorzystał podobne pomysły, czy też nie. Nie boją się snucia opowiastek niepoważnych, w większości nie stronią też od happyendów, choć szczęśliwe zakończenia
ostatnio nie są w modzie. Elementem wspólnym wszystkich tekstów są duchy - dobre, zabawne, zagubione lub groźne - oraz nawiedzone domy. Antologię otwiera króciutka "Humoresca Nocurna", będąca jakby rozbiegiem przed "Themooniadą", w której panuje klimat jak u Mrożka. "Duchy" są skromne fabularnie lecz niezwykle soczyste językowo,
a tytułowe "Nawiedziny" Marty Kisiel lśnią jak perełka w samym środku tomu - pomysłowe, przezabawne, napisane lekko i z polotem. Od tego momentu antologia zaczyna grawitować ku atmosferze grozy, proponując historie melancholijne, klasyczne opowieści z dreszczykiem, odrobinę groteski lub całkiem interesujące hybrydy science fiction
i horroru. Warto przeczytać, zwłaszcza pierwszą część zbioru, gdzie zgromadzono teksty bardziej humorystyczne, gdyż mało kto dziś potrafi straszyć i bawić jednocześnie.
Ewa Białołęcka